Eskimo-Bar na dryfujacej krze
Eskimo Bar na dryfujacej krze
Tegoroczna zima wbrew naszym oczekiwaniom i proroctwom wynikającym z pięknego lata i łagodnej a słonecznej jesieni praktycznie istnieje tylko w kalendarzu, a poza tym jest w miarę ciepło a nawet tu i ówdzie zielono. I to nic dziwnego, bo w naszych stronach to już tak z racji uwarunkowań klimatycznych już tak jest. Nie zawsze aliści tak bywało. W starych kronikach pozostały liczne wzmianki o zimie, podczas której po lodzie, można było Bałtyk saniami przejechać, lub regimenty wojsk z działami przez Zatokę Fińską przeprowadzić. To były czasy odległe, jednakowoż jeszcze wielu z nas przeżyło zimę 1962/63, gdy to Świny sforsować nie mogły nawet stare, parowe promy, a na wyspę Karsibór, jeszcze wówczas nie połączoną mostem z Wyspą Wolin, zaopatrzenie dostarczano drogą powietrzną. Generacja następna, zapamiętała chyba zimę 1978/79, kiedy to w noc sylwestrową, wyspa stała polskim biegunem zimna.
Takich zim z bliższej lub dalszej przeszłości można by jeszcze wiele przywołać. Opowiedzieć chcę pewną zimową, prawdziwą historię, którą niegdyś, przez wiele lat w Świnoujściu przypominano.
Była to wyjątkowo sroga zima 1923/24 rok. Już w styczniu i lutym ostry mróz skuł Zatokę Pomorską grubym lodem na odległość paru kilometrów. Ogromne kry przeganiane lodowatym wiatrem spiętrzały się i zamarzły w jedno wielkie pole i góry lodowe przypominające krajobraz księżycowy. Dla wielu mieszkańców nadmorskich miejscowości była to niepowtarzalna okazja do odbywania dalekich spacerów po lodzie, aż do otwartych wód Bałtyku. Naturalnie spacerowicze marzli przy tym więc marzyła im się gorąca herbata i nie tylko.
Nic też dziwnego, że pewien zmyślny świnoujski restaurator, niejaki Max Brede, popularny wśród bywalców jego lokalu jako „Wujek Max”, wpadł na pomysł, by na lodowym pustkowiu otworzyć „Eskimo-Bar”. Z dużych lodowych bloków wkrótce wzniesione zostało całkiem obszerne igloo, w którym wnet serwowano wnet autentyczny, gorący i całkiem krzepki grog. W mig, przywracał on zmarzniętym członkom wędrowców właściwą temperaturę, chęć do życia, oraz do spróbowania następnej kolejki. Bardzo szybko wieść o egzotycznym barku rozniosła się od Międzyzdrojów po Bansin i na lodowym polu, od godzin porannych po mocno wieczorne, widać było sznureczek żądnych mocnych wrażeń i trunków panów, ciągnących od brzegu lub do brzegu.
Przez kilka tygodni interes rozwijał się znakomicie. Każdego niemal dnia spory gar ognistego napoju znajdował amatorów. Równie dobrze „rozchodziły się” smakowite wiedeńskie kiełbaski oraz grzane piwo. Z czasem bar Wuja Maxa zyskał spory krąg zagorzałych, stałych gości, którym do późnych godzin nocnych serwowano grog. Z każdą szklaneczką nastrój stawał się lepszy. Udzielał się on również Wujowi Maxowi, który tak, jak jego goście z lubością raczył się grogiem, nie przesadzając przy tym z dodawaniem wody do rumu. Najpiękniejsze zaś były powroty do brzegu, przy blasku księżyca, przez lodowe pole, kiedy to z męskich piersi wydobywały się i niosły daleko frywolne zwykle piosenki.
Aż pewnego dnia, a było to gdzieś w połowie marca i pachniało już przedwiośniem, w sposób gwałtowny i zgoła nieoczekiwany tym wspaniałym męskim spotkaniom natura położyła kres. Niespodziewany, a nagły sztorm, przełamał wielką krę. Jej część z barkiem oderwała się od pola lodowego i zwolna przesuwać się poczęła w kierunku otwartego morza.
Dramat sytuacji polegał na tym, iż w kołyszącym się wraz z krą lodowym barku znajdował się nie tylko Wuj Max, ale też kilku stałych bywalców. Nadspodziewanie szybko wszyscy otrzeźwieli na tyle, by zdać sobie sprawę z powagi położenia. Sytuację, na szczęście na czas, spostrzegli z wieży obserwacyjnej piloci portowi, którzy wraz z grupą ratowników, barkasem wypłynęli w sukurs dryfującym miłośnikom grogu. Wszystkich udało się uratować, ale niestety spory zapas rumu wraz z igloo-barem i jego wyposażeniem przepadł w morskiej toni.
Po zdarzeniu tym Wujek Max już nigdy więcej nie odważył się na podobne przedsięwzięcie, bardzo niechętnie też na ten temat rozmawiał.
 Józef Pluciński